środa, 15 lipca 2009

I cóż, że ze Szwecji...

Tym razem zawiało nas do Skandynawii. Wczoraj wróciliśmy z początkowo tropikalnej (30St) Norwegii i potem pluszakowej Szwecji. Git. Państwa opiekuńcze mają swój urok. Setki kilometrów rowerowych tras znęciło nas... Photos coming soon...

wtorek, 24 lutego 2009

Fez - Medyna

Fez – najstarsze miasto Maroka, pierwsza stolica. Ośrodek kultury islamskiej. Dawniej i jego święte miasto. Igiełki minaretów wybijają się ponad zabudowania. Kłują w oczy wysokością, wskazują drogę błądzącym w labiryncie uliczek. Wtopiony w jeden z sześciu tysięcy wąskich traktów, przejść, zaułków starego Fezu czujesz się powoli częścią tego wielkiego tętniącego ludzkimi sprawami, krwioobiegu. Organizmu żyjącego od stuleci tym samym rytmem. Spraw niezmiennych, spraw ważnych, spraw codziennych…Nie starzejącego się, nie przyjmującego kolagenu remontów na zmarszczki fasad. Całych kwartałów zabudowań zlepionych z tych samych od wieków komórek. Rodzin, sąsiadów, rzemieślników. I ich kooperacji - jak organów pracujących dla wydolności całego ciała. Żyjących z sobą - często wspólnymi sprawami. Samowystarczalnych. Piekarz, garbarz skór, zakłady tkackie, farbiarnie, krawiec, szewc, golibroda, hammamy- wspólne łaźnie. Souki - wielokolorowe targowiska ze skórzaną konfekcją - obuwiem i torbami, piramidkami przypraw równoważących zapachy sąsiednich stoisk mięsnych. Milczenie owiec patrzących głową bez ciała na ten niezakamuflowany sterylnymi rzeźniami,wyzbyty z hipokryzji współczesności, niezmienny cykl życia i śmierci.

Koty. Dzika strona miasta. Nieujarzmiona niczyją ręką. Niepoddająca się czułości. Ucztujące na wieczornych pobojowiskach niemych resztek obdartych z mięsa. Złudzeń, że mięso robione jest w fabryce nie ma…

Medyny - stare miasta arabskiego świata. Jedne z niewielu, z których nie uciekam. Nieliczne które kocham…

Zatopić się w nie. Zgubić. Węszyć. Nie poddać fałszywym przewodnikom. Prorokom bojaźliwych…

Kilkadziesiąt meczetów jak serca odmierza puls medyny… Pięć uderzeń na dobę…Allah akbar hipnotyzuje wołaniem muezinów … Zmusza do refleksji… Wskazuje zagubionym drogę… My już niestety nie zatrzymujemy się na dźwięk kościelnych dzwonów…

….Tak mógłby wyglądać subiektywny opis…

W Polsce na saunie, po powrocie, podłuchałem rozmowę o Maroku…

K… Syf k… Nic do roboty... a po 22 strach wyjść na miasto…

Jak bardzo nawykliśmy już do „naszego” stylu życia…

Tabuny turystów medyna zasysa przez jedną z kilku bram usadowionych w średniowecznym, masywnym piaskowym murze okalającym stare miasto. Poza minaretami, to bramy i mur, a nie słońce, stanowią punkt orientacyjny. Mogą go także stanowić, przynajmniej na początku tak się wydaje, służący swą pomocą przewodnicy. Młodzi chłopcy cały dzień podpierający ściany… Za ich pomocą mogą powstać inne jakże odmienne od moich wrażenia… Faux guides jak przestrzega Lonely Planet...

Wdarcie się współczesności… Nieodwracalne…

cdn


środa, 18 lutego 2009

Narty Toubkal (Oukaimeden) - plan minimum osiągnięty

Jak to? W Afryce? Narty? Na piasku chyba? Jednak wielki ślimak chmur, który przed wyjazdem sateliarnie przybliżał się do Maroka znad Europy zbijał wątpliwości niedowiarków. Ślimak zawinął się nad Atlasem Wysokim i pokrył śnieżnym śluzem wszystko. Znów pierwszy dzień w Afryce, jakże inny od poprzednich. Przysłonięte serową podpuszczką góry mistycznie kryły się pod stalowoszarymi czadorami chmur. Daliśmy wiarę legendom Berberów i naszym ciałom pokrytym teraz gęsią skórką przechodzącą w poczucie obrzmienia z zimna. Ośmiostopniowy Fez bardziej kojarzył by mi się z Richterem niż z Celsjuszem. Droga na pustynię nieprzejezdna z powodu opadów śniegu... Pierwsza taka klęska pogodowa od trzech lat w Maroku... Na poczet naszych planów narciarskich zapisała się dużym plusem... Dopiero po dwóch tygodniach okazało się że możemy doświadczyć tego że jest to plus dodatni..
Ania z prawej ja z lewej :-)

Więcej: coming soon...

środa, 28 stycznia 2009

Iran poczeka, Maroko przywita...Sahara Zachodnia przyjmie...

Wywiad z żoną Kapuścińskiego z Dużego Formatu: "Najważniejsze były klucze. Ojej, klucze! Klucze! - wołał przed wyjazdem. Zabierał klucze od mieszkania, pakował do walizki. Muszę wiedzieć - mówił - że mam dokąd wrócić"...
Czas, czas, czas... Gdy jeździsz bez ograniczeń jest nieważny... Dwa dni tutaj, trzy tam. Powrót jutro, pojutrze, za tydzień... Miejsca, ludzie... Wolność... Jednak i krzepiąca w chwilach zwątpienia świadomość, że jest coś do czego się wraca...
Tym razem mamy tylko dwa tygodnie... Iran padł w przedbiegach... Charge nie pokryłby naszego niedosytu po 10 dniach na miejscu... No ale w końcu miał być wyjazd narciarski... Sprawdzimy firnowe pola pod Toubkalem w Maroku... Pilsko skutecznie skarbowało nasze ślizgi sprzęt pożyczymy więc na miejscu... A potem Sahara Zachodnia...

Moje poprzednie zdjęcia stamtąd już nie pachną tak jakbym chciał...





środa, 12 listopada 2008

Akademickie trzy miesiące... Polska

Po "króciutkiej" nieobecmości na blogu chyba wracam. Polskie sprawy mnie przygniotły, przywaliły mi prawym sierpowym, położyły na kolana, rzuciły na deski, odebrały chęć życia... Na deski, właśnie... Po jakimś markowaniu pracy... Pojawiła się idea... Narciarstwa w Iranie... Na razie trochę rozliczeń z przeszłością - trochę fotoreportaży z podróży na stronie: http://www.tabblo.com/studio/stories/view/1661534/
będą pojawiać się kolejne...
Na razie tyle, nie wiem czy ktoś tu jeszcze zagląda...

środa, 23 lipca 2008

Liban - Moj dom murem podzielony...

Liban jest Chrystusem świata arabskiego. Poszkodowany od zawsze we wszystkich możliwych konfliktach najpierw w wojnie domowej potem w wojnie z Izraelem i okupacją przez wojska izraelskie i syryjskie. Przed wojną domową Bejrut nazywany był Paryżem Bliskiego Wschodu. Teraz wśród świeżych jeszcze rozstrzelanych budynków pną się w górę nowe. Miejsca bombardowań izraelskich sprzed dwóch lat już odbudowane zachęcają do ponownego zasiedlenia lub wynajęcia. Fenicka handlowa tradycja nie umarła w narodzie. Podzielonym narodzie. Issam, u ktorego mieszkałem w Libanie wymienił 17 religii na jakie składa sie tutejsze społeczeństwo. Dwie z grup religijnych spotkać można przede wszystkim w górach Libanu - chrześcijańskich maronitów i muzułmańskich Druzów. Przynależność pozostałych wyznaczają dzielnice Bejrutu i nadzwyczaj silne eksponowanie symboli religijnych. Ale mieszkańcy powoli starają sie zapominać o niedawnych podziałach, jeszcze świeżych widocznych w centrum Bejrutu ran w postaci ostrzelanych budynków wzdłuż zielonej linii - granicy pomiędzy chrześcijańską i muzułmańską częścią miasta podczas wojny domowej. Obecnie wielkim placem budowy. Społeczeństwo chce oddechu. Powrotu do normalności. Spokojnego czasu na zarabianie pieniędzy czyli tego co libańczycy umieją najlepiej. Wewnętrzne podziały pomiędzy podzielonymi chrześcijanami i podzielonymi muzułamanami wymusiły nawet specyficzny system polityczny państwa ktory rezerwuje stanowisko prezydenta dla chrześcijanina maronity, premiera dla sunnity, a przewodniczącego parlamentu dla szyity. Obecność Izraela na Bliskim Wschodzie jest poza handlową żyłką libańczyków jednym z nielicznych katalizatorów poróżnionego narodu. Jednoznaczny sprzeciw wobec izraelskiej polityki, ba izraelskiej obecności w Palestynie, mało tego, izraelskiej obecności na Bliskim Wschodzie, odczytać można nie tylko z ust wszystkich bez wyjątku mieszkańców. Sprzeciw rysuje sie kikutami zbombardowanych budynków, politycznym graffiti i obecnością szyickiego Hezbollahu, którego nastawienie jest kategoryczne i nie budzące wątpliwości. Ten kategoryczny sprzeciw wobec Izraela i uprowadzenie dwóch izraelskich żołnierzy stały sie podstawą do agresji izraelskiej w 2006r. Agresji wymierzonej bezpośrednio w bazy Hezbollahu w Bejrucie, południowym Libanie i w dolinie Bekaa. Agresji celowo lub niecelowo ale wymierzonej jednak pośrednio w libańskich cywili. Nikt nie zapomni tu 25 kobiet i dzieci zbombardowanych na bejruckiej plaży. Nikt nie zapomni też widoku izraelskiego okrętu wojennego zestrzelonego przez Hezbollah. Zwłaszcza, że w dzielnicach muzułmańskich ugrupowanie na każdym kroku stara sie przypominać o tym zwycięstwie plakatami i wizerunkami swego przywódcy Nasrallaha. Ale nikt też poza szyitami nie chce godzić się na ustanowienie w Libanie republiki islamskiej co było jednym z głównych celów Partii Boga.
Hezbollah, który dla większości libańczyków był siłą jednoczącą podczas ataku w 2006 roku z racji swej militarnej odpowiedzi paradoksalnie jest nadal jednym z nierozwiązanych wewnętrznych problemów kraju uniemożliwiającym stabilizację. Sponsorowany przez Iran i Syrię jest swoistym państwem w państwie z własnymi szpitalami, stacją telewizyjną, operatorem telefonii komórkowej. Z partyzancką armią w pełni niezależną od armii rządowej. Armią, która na każdym kroku podkreśla swą siłę pomagając w osiąganiu celów politycznych. Armią chcącą czegoś więcej - Władzy... Ciągłe zamachy bombowe w Trypolisie i walki z sunnitami. Przepychanki z chrześcijanami. Niedawny majowy atak na Druzów mieszkających w górach Chouf. Wymuszanie ustępstw politycznych zmaterializowało się w postaci przyjęcia szyitów do koalicji rządowej. Równocześnie jednak niedawny jednoczyciel narodu stał się ugrupowaniem destabilizującym. Podczas majowego ataku na Druzów lekarz Issam, jego bracia farmaceuta Omar i inżynier David zmuszeni zostali wraz z innymi Druzami do ponownego wyjęcia z szaf karabinów kałasznikowa i przez trzy dni ostrzeliwania atakującego Hezbollahu odpierając go z powrotem do doliny Bekaa. Daliśmy im w dupę - mówią. Zabiliśmy piętnastu szyitów w tym nikomu niepotrzebnym pokazie siły. Ale to im nie dało nauczki sądząc po ostatnich bombach w Trypolisie. Dlatego mimo względnego spokoju w kraju bracia są zgodni. Następna wojna z Izraelem w przyszłym roku jest nieunikniona. I nie pozostanie nic innego jak zostawić wyciągnięte już kałasznikowy w kącie pokoju... I ponownie odbudować odbudowany niedawno most, który zniszczony był podczas ostatniego izraelskiego ataku...
Bejrut - Gołębie skałyBaalbek - dolina Bekaa, ruiny rzymskie